Menu
Wstąp do związku Kim jesteśmy? Wspieraj związek Napisz do nas

Być pisarką w Polsce

2 marca Kaja Malanowska w swoim wpisie na portalu społecznościowym podjęła temat złej sytuacji finansowej pisarek i pisarzy w Polsce. W odpowiedzi, część środowiska zawodowego skomentowało jej wypowiedź jako nie licującą z godnością artystki. W ten sposób beneficjenci aktualnej sytuacji na rynku książki próbowali wytrącić autorce argumenty za sprawiedliwszymi stosunkami w tej branży. Poniżej prezentujemy wywiad, który ukazał się w 40 numerze biuletynu Inicjatywa Pracownicza.

Swoim wpisem na portalu społecznościowym, rozpoczęłaś wielogłosową dyskusję na temat sytuacji zawodowej pisarzy i pisarek w Polsce. Czy możesz pokrótce scharakteryzować czytelnikom specyfikę tej branży? Jak wygląda „proces produkcyjny” prozy w naszym kraju?
    Pisanie książek to praca. Ciężka i wymagająca dyscypliny, jak większość innych. Kiedyś zajmowałam się pracą naukową i mam wrażenie, że zawód naukowca i pisarza w pewnym sensie są do siebie podobne: trzeba mieć pomysł, dokładnie przemyślany plan działania, trzeba przeprowadzić konkretne badania, dopracować szczegóły, a potem spędzić tysiące godzin nad żmudną realizacją. Co więcej, oba te zawody są mało dochodowe i bez wsparcia ze strony państwa zaczynają zanikać. Można to obserwować na przykładzie naszego kraju. Rozpoczęłam dyskusję na temat zarobków pisarzy, bo wydaje mi się, iż nadszedł czas żebyśmy, jako społeczeństwo zadali sobie pytanie o to, czy w ogóle jesteśmy zainteresowani posiadaniem rodzimej literatury.

Jaki jest udział w zyskach poszczególnych elementów tej układanki? Jaką część zarabia księgarz, hurtownik, wydawca, a ile w końcu ląduje w twoim portfelu?
    Oj to skomplikowane pytanie. To zależy od książki. Jeśli patrzymy na cenę okładkową to mniej więcej 10% z tego pochłaniają koszty wydruku. 50% od każdego egzemplarza zabiera księgarnia. Pisarz dostaje średnio 7% ceny detalicznej. Czyli jeśli kupujemy powieść za 40 złotych, do kieszeni autora trafiają 3 złote.

Na stronie Dziennika Opinii w artykule „O biednych i oszukanych, czyli pisanie to też praca” Alicja Palęcka, pisze o szeregu działań okołoliterackich, które należy wykonać aby zapewnić sobie powodzenie na rynku książki. Na czym polega bycie „menadżerem samego siebie”
    Z mojego doświadczenia wynika, że samemu niewiele można zrobić. Rynek czytelniczy podupada w Polsce. Książka stała się „towarem mało chodliwym” i w związku z tym dla przeciętnego pisarza warunki umów z wydawnictwami raczej nie podlegają negocjacjom. To samo dotyczy promocji i dostępności książek w księgarniach. Ten ostatni punkt jest najtrudniejszy. Empik, który w dużej mierze zawładnął rynkiem księgarskim w naszym kraju nie jest zainteresowany wystawianiem na półki książek innych wydawnictw niż WAB, które do Empiku należy. W związku z czym księgarnia odbiera „towar”, a potem w nieskończoność przetrzymuje go w magazynach. Interwencje, prośby i groźby ze strony wydawnictw niewiele zmieniają. Można oczywiście dodatkowo zapłacić księgarni za wystawienie książek. Tyle tylko, że dwa tygodnie na półce z nowościami kosztują 20 tysięcy złotych, czyli prawie tyle ile wynosi prestiżowa nagroda – Paszport Polityki. Nie wiem, kogo na to stać?
Usłyszałam ostatnio wiele dobrych rad: jak sobie poradzić na rynku księgarskim. Tyle tylko, że książka to nie jest towar taki jak samochody, ubrania czy kosmetyki. To w ogóle nie jest towar. A pisarz nie jest i nie ma obowiązku być ani menadżerem, ani prawnikiem.

Przypuszczam, że im dalej od premiery książki zainteresowanie spotkaniami autorskimi spada.
Co robią pisarki i pisarze kiedy akurat wydawca nie rozliczył się jeszcze z nimi?
    Sama miałam wielkie szczęście i idealne wprost układy z wydawnictwem Krytyki Politycznej. Zawsze sumiennie się rozliczali. Ale słyszałam o wielu przypadkach, kiedy wydawnictwa w nieskończoność odraczały wypłaty, albo w ogóle nie rozliczały się ze sprzedaży. Teoretycznie w takiej sytuacji można iść do sądu. Prawda jednak wygląda tak, że wtedy trzeba się zdecydować na ciągnący się w nieskończoność proces, który pochłania masę czasu i energii. A kwota, o jaką sprawa się toczy to często trzy, cztery, siedem tysięcy złotych. Większość pisarzy czuje się oszukana i rozżalona, ale w końcu macha na to ręką. I na to oczywiście liczą wydawnictwa. Gdybyśmy byli zrzeszeni w silnym związku zawodowym, który posiadałby prawników, sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej.

Jeżeli jednak ktoś bardzo pragnie być wyłącznie pisarką lub pisarzem i nie poszukuje zarobków i inspiracji niczym Jakub Żulczyk w innych sektorach „branży kreatywnej”? Czy państwo może mu w tym jakoś pomóc?
    Oczywiście, że może. A nawet powinno. Tyle tylko, że tego nie robi. Szacuje się, że w Polsce jest 5 tysięcy prozaików. Jeśli założymy, że tylko połowa z nich to osoby, których pracę warto wspierać, to mamy 2,5 tysiąca twórców. Do tego dochodzą jeszcze poeci i tłumacze. Tymczasem cała pomoc ze strony Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego to jedno stypendium raz na pół roku, przeznaczone nie tylko dla pisarzy, ale dla wszystkich artystów w całym kraju. O ile dobrze pamiętam dostaje je około 100 osób, w tym prawdopodobnie 20 literatów. Takie dofinansowanie wynosi mniej więcej 2 tysiące złotych miesięcznie przez pół roku. Można o nie aplikować raz na dwa lata. To wszystko. Symptomatyczne jest to, że wszystkie inne grupy artystów, takie jak filmowcy, aktorzy, reżyserzy teatralni czy muzycy otrzymują inne formy dofinansowania od państwa. Nie pojmuję, dlaczego z tej grupy wyklucza się pisarzy. Zwłaszcza, że dotacje na prace nad książką byłyby z pewnością najmniej obciążające dla budżetu. W chwili obecnej ministerstwo przeznaczyło aż miliard złotych na program dofinansowania czytelnictwa w Polsce. Twórcy jednak nie zostali w tym programie uwzględnieni. Nie dostaną ani grosza. A wydawałoby się, że bez nich czytelnictwo w ogóle przestałoby istnieć…

Wciąż istniejący Związek Literatów Polskich był swego czasu potęgą, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich zrzesza ok. 960 osób. Obie organizacje mają w swoich statutach wpisane działanie na rzecz obrony materialnych interesów swoich członków. Dlaczego w takim razie nie dostrzegają problemów, o których rozmawiamy?
    Czasem tak się zdarza, że aktywne i słuszne instytucje degenerują się. Powoli zamieniają się w kółka wzajemnej adoracji, zajęte głównie podtrzymywaniem własnego, nikomu już niepotrzebnego istnienia. Dlaczego tak się dzieje?
Na to pytanie nie umiem odpowiedzieć.

27 marca odbyło się spotkanie pisarek i pisarzy, którzy są zainteresowani stworzeniem nowej komórki wewnątrz prężnie działającej Ogólnopolskiej Komisji Środowiskowej Pracowników Sztuki. Palących kwestii jest wiele: niskie i elitarne stypendia, niedofinansowanie bibliotek, skutkujące rzadkimi zakupami nowych pozycji, brak zabezpieczeń socjalnych, brak minimalnych wynagrodzeń. Które tematy uważacie za najważniejsze do opracowania w tej chwili?
    Tak jak mówiłam wcześniej: przede wszystkim szukamy rozwiązań prawnych związanych z relacjami pisarzy, wydawnictw i księgarni. Chcemy zacząć negocjacje z państwem na temat różnych form dofinansowania pisarzy. Poza tym palącym problemem jest opracowanie systemu, który pozwoliłby artystom korzystać z ubezpieczeń zdrowotnych i odkładać na emeryturę. W niektórych państwach europejskich takie systemy działają całkiem nieźle.

Doświadczenie niestabilności, nieprzewidywalności i braku zabezpieczeń jest dziś powszechne wśród pracujących. Czy uważasz, że nadchodzi ten moment, w którym uda się wyjść poza horyzont kreślony wizją nieodległego sukcesu i spełnianiem pseudo-romantycznych wyobrażeń o sztuce jako pracy uwznioślającej, wykonywanej dla samej satysfakcji z tworzenia?
    Do tego konieczna byłaby solidarność środowiska. Ze smutkiem muszę przyznać, że jest ono mocno podzielone i w części prezentuje konserwatywne, neoliberalne poglądy. Ale jest też cała grupa literatów, która uważa, że zmiany są konieczne. Spotkaliśmy się, jesteśmy w kontakcie, założyliśmy listę mailingową.
Nie twierdzę, że uda się nam zmienić wszystko. Ale może uda się nam zmienić coś.

Powrót na górę