Menu
Wstąp do związku Kim jesteśmy? Wspieraj związek Napisz do nas

Pracownicy o związkach zawodowych, pracodawcach i państwie

Niniejsza broszura jest zapisem fragmentów wypowiedzi i dyskusji jaka odbyła się 8 listopada 2003 roku w Poznaniu na Ogólnopolskiej Konferencji Ruchu Protestu Pracowniczego. Celem konferencji była próba integracji środowiska pracowniczego oraz sformułowanie najważniejszych problemów ruchu. Na Konferencji pojawiło się kilkudziesięciu przedstawicieli reprezentujących kilkanaście zakładów pracy z całej Polski. Uczestnicy reprezentowali różne związki zawodowe i opcje światopoglądowe. W spotkaniu udział wzięli także przedstawiciele niemieckiego anarchosyndykalistycznego związku zawodowego FAU. Mówiono zarówno o metodach walki, udziale i roli związków zawodowych w protestach pracowniczych, roli państwa jako katalizatora niektórych konfliktów, a także o działaniach pracodawców zmierzających do ubezwłasnowolnienia ludzi pracy. Zebranie tych wypowiedzi uznaliśmy za ważne, bowiem poglądy działaczy pracowniczych z trudem trafiają na łamy prasy, a jeżeli tak się dzieje, przedstawiane są jako problemy o charakterze wyjątkowym. Tymczasem kryzys ma rozległy charakter i dotknął wiele grup zawodowych.

Efektem tej konferencji było podjęcie wysiłku przez część działaczy na rzecz dookreślenia podstawowych postulatów ruchu pracowniczego. Środowiska anarchistyczne m.in. zaproponowały zajęcie się samorządem pracowniczym. W rezultacie w ciągu 6 miesięcy udało nam się doprowadzić, dzięki współpracy z FAU, oraz pomocy środowiska niemieckich wolnościowców, do powstania broszury (w serii "Anarchizm. Idee. Praktyka") na temat samorządów, spółdzielni i partycypacji pracowników w zarządzaniu przedsiębiorstwami. Za ważne uważaliśmy zaprezentowanie w tym względzie doświadczeń argentyńskich, gdzie po rewolucji z grudnia 2001 roku w ręce pracowników przeszło ok. 150 dużych i małych zakładów pracy. Niemiecka grupa No Service wydała po polsku broszurę na ten temat, powstała polska wersja filmu. Drugim ważnym tematem i postulatem naszego środowiska (nie tylko anarchistycznego) jest walka o skrócenie dnia pracy, nie tylko jako jednej z metod aktywnego przeciwdziałania bezrobociu, ale też humanitaryzacji miejsc pracy. Poczyniono także starania o to, aby prasa pracownicza była szerzej kolportowana w środowiskach robotniczych. Podjęto szerszą współpracę ze związkami zawodowymi, nie tylko z Niemiec, ale obecnie również z Norwegii, Francji, Hiszpanii, Rosji. Jest jeszcze wiele innych działań, które miejmy nadzieję wzmocnią ruch protestu pracowniczego.

Jarosław Urbański,
Poznań, maj 2004 r.


Jarosław Urbański (Inicjatywa Pracownicza /Federacja Anarchistyczna, Poznań)
Obecnie mamy do czynienia z nową falą protestów pracowniczych, która jest bez wątpienia następstwem postępującego kryzysu nie tylko gospodarczego, ale także obecnego systemu sprawowania władzy. Na jaw wychodzą zadawnione sprzeczności społeczne. Stało się jasne, że system gospodarczy nie działa: ludziom nie płaci się przez wiele miesięcy pensji, zagrożonych zwolnieniami są dziesiątki, a może setki tysięcy pracowników, wzrasta bezrobocie, spadają wynagrodzenia, "obcinane" są świadczenia socjalne. Można powiedzieć, że fala tych protestów się nasila - duże centrale związkowe nawołują do strajku generalnego na kolei czy na Śląsku. Jak widzicie w takiej sytuacji ruch pracowniczy? W jakim kierunku powinna iść walka? Jakie są główne problemy organizacyjne?

Maciej Guz (Daewoo FSO Warszawa, OPZZ Konfederacja Pracy)
Chciałbym odpowiedzieć na pytanie, czy strajk generalny ma szansę wybuchnąć. Moim zdaniem nie - z powodu sytuacji w jakich są obecnie dwie największe centrale związkowe. Musimy pamiętać, że OPZZ to związek zawodowy, który powstał kiedy narodowi wypowiedziano wojnę [chodzi o wprowadzenie stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku]. To związek aparatczyków. Natomiast "Solidarność", związek, który powstał kiedyś w walce, stał się bardziej "bractwem różańcowym" niż związkiem zawodowym. W historii ruchu robotniczego nigdy nie było tak, żeby powstawały one w kościołach. Powstawały one na ulicach, w walce i w zakładach pracy. Dzisiaj te dwie największe centrale związkowe na tyle się zbiurokratyzowały, że patrzą bardziej na interesy partii politycznych z którymi się utożsamiają, niż interesy ludzi pracy. "Solidarność" walczyła o Akcję Wyborczą Solidarności (AWS) [ugrupowanie premiera Buzka]; OPZZ wszelkimi siłami stara się podtrzymywać Sojusz Lewicy Demokratycznej (SLD). W takiej sytuacji ruch pracowniczy nie może wygrać. 1 druga sprawa: podział na różne centrale związkowe i korupcja struktur związkowych. Często bywa tak, że jakieś osobiste ambicje powodują, że ktoś zakłada związek zawodowy. Jeżeli przewodniczący związku zawodowego nie będzie zarabiał tego co na swoim stanowisku pracy, to będzie on zawsze podatny na skorumpowanie ze strony pracodawcy. Związki zawodowe się sprostytuowały. I to jest zasadniczy powód, dla którego ruch pracowniczy przegrywa. Pamiętajmy, że to związki zawodowe wyprowadzały ludzi na ulicę z hasłami prywatyzacji zakładów pracy, teraz widzimy jakie są skutki prywatyzacji.

FSO [Daewoo FSO Warszawa] jest takim namacalnym przykładem sprostytuowania się związków zawodowych. Działają tu cztery związki zawodowe. Przewodniczący związków zawodowych mają zagwarantowaną wielokrotność (5-ciokrotność) przeciętnego wynagrodzenia w fabryce, czyli zarabiają po 15 tysięcy złotych brutto! Przeciętna płaca zgrzewacza wynosi natomiast przykładowo 1800 zł. brutto. Wiceprzewodniczący mają 4,5 krotność średniego wynagrodzenia, przewodniczący komisji zakładowych (np. spawalni) mają 3,5-krotność średniej - pomyślcie ile miejsc pracy zostałoby uratowanych, gdyby te pieniądze podzielić.

FSO znalazło się w takiej sytuacji, że z blisko 14 tysięcy pracowników zatrudnia dziś 3200 osób, nie licząc tych, którzy zostali przeniesieni, de facto tak jak ja siłą, na zasadzie art. 23' do innych przedsiębiorstw. Ale taka spółka jest po to zakładana, aby zlikwidować przerosty zatrudnienia i kosztami obciążyć firmę zewnętrzną. Dzisiaj mamy w FSO kolejnych 1500 osób do zwolnienia, to jest prawie połowa obecnej załogi. Związki zawodowe negocjują i jak się zwolni np. 900 osób , to zostanie, to przekazane jako ogromny sukces.

Ja zapraszam wszystkich pod FSO; tam na murze przy trasie toruńskiej jest napis: "Koreańczycy walczyli, a wy?!". Napis pojawił się, kiedy Daewoo w Korei upadało i tamtejsi robotnicy strajkowali. U nas zwolniono w tym czasie ludzi i nic. (...) We Włoszech z racji zmiany tylko jednego artykułu w prawie pracy na ulicę wyszło 3 mln. ludzi. Wielu pracowników było oburzonych zachowaniem górników podczas demonstracji w Warszawie [mowa o wydarzeniach a dnia 11 września 2003, kiedy 10 tysięcy górników starło się z policją].

Jak byłem u robotników w Ożarowie z kolegami z Konfederacji Pracy i jak im mówiłem, że muszą zająć zakład pracy, bo za kilka dni czy tygodni ich rozbiją, to oni uważali, że ich podburzam do rewolucji.(...) Rządy zarówno AWS i SLD nie przestrzegały (i nie przestrzegają) prawa pracowniczego, łamią je - jak pracownik nie zacznie go bronić w sposób drastyczny, tak jak to zrobili górnicy, to my wszyscy przegramy. Musimy przede wszystkim walczyć o jedność ruchu związkowego. Inaczej nie uratujemy ani FSO, ani Ożarowa, ani Wagonu. Ja podaję przykład 1980 roku, co znaczy jedność i siła, że nawet reżim się musiał ugiąć przed siłą ruchu pracowniczego. Dzisiaj musimy do tego samego dążyć. Do póki będzie 266 central związkowych o charakterze ogólnokrajowym, to jak my, jako pracownicy, możemy wygrać jak nie ma jedności ruchu. Nawet Ogólnopolski Komitet Protestacyjny - za którym byłem całą duszą - okazał się fikcją i teraz nic nie znaczy.

Janusz Kędzierski (Komitet Protestacyjny, Fabryka Kabli w Ożarowie)
Tak się składa, że byliśmy na rozmowach kiedy pan Piechota czekał na telefon, jak ta sprawa z FSO ma się potoczyć. Po kilku godzinach mówi: "Mam zgodę, FSO jest uratowane". Pracownicy z euforią to przyjęli, pojechali do zakładu, gdzie im powiedziano; "Tak zakład jest uratowany i 1500 osób idzie na bruk".

My jako pracownicy z Ożarowa, wspierani przez szczecińskich stoczniowców, zrobiliśmy akcje i wyrzuciliśmy z zakładu pracowników, którzy rozmontowywali urządzenia, ale było nas za mało, żeby zająć zakład. Dlaczego? Bo zostaliśmy oszukani przez "Solidarność", który obiecała nam pomóc, ale tej pomocy nie otrzymaliśmy. Stało się, jak się stało. Podpisaliśmy takie porozumienie, że po wywiezieniu maszyn teren zostanie przekazany Agencji Restrukturyzacji Przemysłu (ARP), zostaną wprowadzeni inwestorzy i uruchomiona jakaś inna produkcja. Proces ten niestety uległ uśpieniu i dopiero po dwóch interwencjach w ministerstwie gospodarki podjęto z nami jakieś rozmowy, a ARP podjęło rozmowy z Telefoniką [właścicielem ożarowskiej Fabryki Kabli]. Te rozmowy też szły jak po grudzie. We wrześniu zagroziliśmy w ministerstwie, że zajmiemy budynek Telefoniki. Kiedy 1 października 2003 roku zajęliśmy budynek, sprawy znowu nabrały impetu. Wcześniej Hausner stwierdził, że Ciupiał [właściciel Telefoniki] nie jest żadnym biznesmenem i partnerem do rozmów. (...)

Jeżeli chodzi o związki zawodowe to muszę koledze przedmówcy przyznać rację: ani OPZZ, ani Solidarność nie zrobią nic, służą jedynie do "spuszczania powietrza" kiedy troszeczkę balon napęcznieje.

Jolanta Stelmach (Huta Aluminium Skawina, Solidarność'80)
Obecnie pracuję w Nowoczesnych Produktach Aluminiowych "Skawina", firma przeszła wiele przekształceń i restrukturyzacji, jest to po prostu była Huta Aluminium "Skawina". Jeżeli chodzi o mój zakład to na dzień dzisiejszy huta dobrze prosperuje i jestem tu ze względu na to, że załoga podjęła uchwalę o pomocy inny zakładom, w których źle się dzieje. Myśmy swoje przeszli i dostaliśmy pomoc od regionu Solidarności'80 i innych zakładów pracy. Wówczas jeszcze czegoś takiego jak OKP (Ogólnopolski Komitet Protestacyjny) nie było. Na dzień dzisiejszy, i mówię to w imieniu mojej załogi, uważamy że nie może być tak, iż jedynie jednoczą się grupy, które wiele doświadczyły i jest im obecnie źle. Nie można może liczyć na grupy zawodowe, którym dzieje się bardzo dobrze, ale na takie, które coś już przeszły, restrukturyzację wiedzą co to są zwolnienia grupowe, co to jest brak pieniądza. I takie grupy powinny się jednoczyć. Faktycznie mobilizacja wielu osób bierze się z tego, że nie mają pracy, nie mają pieniędzy i nie mają za co -jak na tę konferencję - dojechać.

My bardzo czynnie wspieramy Ożarów, chociaż pan Cupiał jest naszym sąsiadem (Myślenice) i jednocześnie największym odbiorcą wyrobów, i który też chciał nas kupić. Po protestach udało nam się wywinąć z rąk Cupiała, ale 90% produktów mu sprzedajemy. Tu muszę powiedzieć, że jestem dumna z załogi Skawiny, że potrafią poprzeć taki zakład jak Ożarów, sami mając świadomość, że mogą stracić pracę. Bo wystarczy, że Cupiał kupi wyroby aluminiowe zamiast u nas na Węgrzech przez dwa, trzy miesiące i my leżymy. Ale są jeszcze przesłanki patriotyczne i jak mówię jestem dumna z załogi, bo rzadko się zdarza, aby ludzie występowali wbrew własnemu interesowi.

Jolanta Dmoch (Komitet Protestacyjny, Fabryka Kabli w Ożarowie)
Reprezentuję tutaj Ogólnopolski Komitet Protestacyjny i wraz z kolegami z Ożarowa reprezentuję Sławomira Gzika, który dzisiaj nie mógł być obecny i chciałam powiedzieć kilka słów na temat działalności OKP. Komitet powstał 13 lipca 2003 roku, czyli ponad rok temu, na fali protestów i strajków m.in. Stoczni Szczecińskiej, Ożarowa - wtedy powstało 12. bardzo ważnych postulatów skierowanych do rządu, któremu dano miesiąc na ich realizację. Miesiąc minął, a postulaty niestety nie zostały zrealizowane, ale OKP nie poddał się, zaczął organizować systematycznie spotkania w różnych częściach Polski m.in. właśnie w Poznaniu, Łodzi, Ożarowie, Warszawie, itd. Przybywali przedstawiciele różnych protestujących zakładów pracy. OKP skupia ponad 80 zakładów pracy i jest chętny do współpracy ze wszystkimi, którzy zechcą współpracować. Ideą Komitetu jest, aby zjednoczyć wszystkie siły, które są przeciwne temu co się dzieje w naszym kraju: "rozwalaniu" naszej polskiej gospodarki, polskich przedsiębiorstw, wyzyskowi, nędznym wynagrodzeniom, itd. (...)

Józef Berger (Sulzer Chemtech Poznań, OPZZ Konfederacja Pracy)
W mojej firmie w lutym 2001 roku założyliśmy związek zawodowy. W momencie powiadomienia zakładu pracy przewodniczący organizacji natychmiast został zwolniony. Oczywiście oddano sprawę do sądu pracy. Następnie zaczęły się przesłuchania dokonywane przez kierowników zakładów i dyrekcję. Co już w tym momencie było bezczelnością i łamaniem prawa. Pracodawca chciał w ten sposób poprzez przesłuchania nas zastraszyć. Inna metodą jest - z tytułu przynależności do związku zawodowego - obniżanie wynagrodzeń. Te osoby, które odważyły się założyć związek mają notorycznie odbieraną premię. Na przykład w ciągu 11 miesięcy dwóch pracowników miało odebraną premię 6 i 7-krotnie. Ci sami pracownicy, kiedy nie należeli do związku nie mieli nigdy odbieranej premii, teraz mają. Jednak nadal się mocno staramy i nadal działamy w tym zakładzie. Bardzo dużo pomogła nam Solidarność'80 z Cegielskiego i inne organizacje. Dzięki nim nasze protesty przetłumaczone na angielski przesłano do Szwajcarii [gdzie koncern ma siedzibę]. Dwa razy zorganizowaliśmy pikietę pod zakładem i pod sądem. Pracodawca podczas pikiety zachował się jak dzikus. Pracowników zamknął, nie pozwalając wyjść pierwszej zmianie. Pracownicy którzy chcieli wyjść o 14 godzinie nie mogli wyjść bo była pikieta. W wyniku protestów wysłanych do Szwajcarii i w wyniku pikiet solidarnościowych został zwolniony dotychczasowy prezes. Aktualnie toczy się (od wielu miesięcy) sprawa przewodniczącego w sądzie pracy. (...) Bezkarność i bezczelność pracodawców, codziennie w setkach zakładów na terenie Polski, oburza.

Zbigniew Andrzejczyk (Bison-Bial Białystok, Solidarność'80)
Przez dwa lata walczyliśmy o zakład: były strajki, była głodówka, były demonstracje w Warszawie, blokady ulic Białegostoku. 1 można powiedzieć, iż ta dwuletnia walka w naszym przypadku wyszła nam na dobre. Sąd przychylił się do wniosku załogi, aby nie ogłaszać upadłości zakładu. Teraz jesteśmy -jakby to powiedzieć - na prostej, nie staczamy się w dół. Pracownicy się cieszą, że mają pracę i pieniądze na czas [wcześniej zaległości sięgały wielu miesięcy]. Spłacane są zaległości. Związki zawodowe w dalszym ciągu walczą, tu po drodze bardziej nam jest z OPZZ. Jako Solidarność'80 mamy niecałe 10% członków w zakładzie liczącym 1300 osób. Co nam się udało zrobić? Wprowadziliśmy naszego człowieka i z OPZZ do rady nadzorczej spółki. Dodatkowo, żadne posiedzenie zarządu nie odbywa się bez tych dwóch ludzi. Wprowadziliśmy naszego protegowanego na członka zarządu i naszego człowieka do biura zarządu. Nic co dotyczy naszego zakładu nie dzieje się bez naszego udziału, albo żebyśmy o tym nie wiedzieli. Mamy duży wpływ. Nie mamy natomiast wpływu na Metalexport [właściciel Bison-Bial], który jest firmą upadającą i chce nas jak najszybciej sprzedać.

Jedno co się nie udało to obronić wszystkich ludzi. Z tych co dostali wypowiedzenia -razem 350 osób - niestety odeszło do tej pory ok. 120 osób, ale wliczając w to wcześniejsze emerytury i tych którzy w Bison-Bial nie chcieli już pracować, jednak pozostało ok. 70 osób, i to jest nasza klęska. Ale być może już w najbliższym czasie niektórzy dostaną propozycje pracy, chociaż jeszcze za wcześnie mówić o szczegółach.

Jak będzie dalej? Przygotowany plan restrukturyzacji Bison-Bial jest do 2009 roku, ale dyrekcja nie może nam przybliżyć swoich wizji, które wykraczałyby poza ten plan. Działają z dnia na dzień. Z większością wierzycieli trwa proces układowy.

Sławomir Kaczmarek (Uniontex Łódź, NSZZ Solidarność)
Jak wszyscy wiecie w czerwcu [2003 roku] w Unionteksie był strajk. Dzisiaj wszyscy - razem 950 osób - dostaliśmy wypowiedzenia, ostatni z nas odejdą ze zakładu 23 listopada. Mamy tylko 2 tygodnie czasu aby powstała spółka pracownicza, którą chcemy założyć. Mamy dwóch malutkich inwestorów, którzy chcą nam pomóc. W ciągu paru dni musimy podjąć decyzję z kim wchodzimy do tej spółki pracowniczej. Wiadomo, że aby zaistniała spółka pracownicza wystarczy 50 tysięcy, to można zebrać nawet i w pięciu, ale brak nam pieniędzy na surowiec, media, chemię, itd. Liczymy, że będzie możliwe odtworzenie 150 miejsc pracy.

Produkujemy koszule, materiały pościelowe, wszystko dobrej jakości, dla górnictwa, hutnictwa, szpitali -jest na to zbyt. Ja pracuję w tej fabryce na maszynie. Praca ta daje mi satysfakcję, lubię tam pracować. I załoga ma podobne jak ja podejście. Byli właściciele nas okradali. Nas i państwo. W założeniu spółki staramy się o pomoc z urzędu pracy i urzędu wojewódzkiego na stworzenie miejsc pracy i pokrycie części kosztów pracy na początku funkcjonowania nowej firmy. Ale na dzień dzisiejszy nie wiem jak to dalej będzie, chcielibyśmy, aby to wszystko ruszyło. Każdy z nas ryzykuje swoje odprawy po ok. 3000 złotych.

Co do związków zawodowych - jestem wiceprzewodniczącym komisji zakładowej NSZZ "Solidarność" w Unionteksie. Przez 8 lat staraliśmy się, aby ktoś nowy z załogi wszedł do władz. Udało się to tylko mnie, bo mieli takie układy, że to było niemożliwe.

Jarosław Urbański (Inicjatywa Pracownicza /Federacja Anarchistyczna, Poznań)
Warto zwrócić uwagę na fakt, że pracownicy w wielu zakładach pracy, gdzie wybuchały wielomiesięczne protesty, starają się zachować kontrolę na działalnością przedsiębiorstw, w różny sposób. Bison-Bial był jednym z największych i najbardziej głośnych protestów. Teraz pracownicy wprowadzili swoich ludzi do rady nadzorczej i zarządu. Nie jest to samorząd pracowniczy, ale jest to forma partycypacji pracowniczej w podejmowaniu decyzji dotyczących przedsiębiorstwa. Podobną sytuację mamy dzięki Marcelowi Szaremu w H. Cegielski S.A. (ok. 1500 zatrudnionych). Otrzymał on 62% głosów na ponad 50% głosów załogi, czyli 465 głosów poparcia przy wyborach członka zarządu delegowanego przez załogę, to nie jest byle co. Teraz staramy się wprowadzić takie elementy, aby ta załoga się zbierała, dyskutowała, nie tylko o płacach, zatrudnianiu, ale także o produkcji. Marcel walczy przede wszystkim z działem marketingowym, o zapewnienie ciągłości produkcji, aby nie doszło do kolejnych redukcji zatrudnienia.

Marcel Szary (H. Cegielski Poznań, Solidarność'80)
Trzeba jednak stwierdzić, iż to, że jestem w zarządzie nie daje gwarancji dostępu do wszystkich ważnych informacji i decyzji dotyczących zakładu.

Jarosław Urbański (Inicjatywa Pracownicza /Federacja Anarchistyczna, Poznań)
Proponuję teraz poświęcić trochę miejsca sprawom związanym z hutnictwem, gdzie zagrożonych utratą miejsc pracy jest - w wyniku wejścia Polski do Unii Europejskiej - około 30 tysięcy miejsc pracy.

Mieczysław Kucharski (Huta T. Sendzimira Kraków, Solidarność'80)
Jestem przewodniczącym związku zawodowego. My żeśmy się nie dali jednak skundlić. Jak coś się dzieje źle, lub jak nasze władze postępują tak jak nie trzeba, to reagujemy. Po prostu robimy swoje. Ja powiem o sobie i swoim związku jedno, od początku lat 90. żeśmy protestowali i walczyli o modernizację huty. W sprawie tej były cztery strajki głodowe. Biliśmy się bezkompromisowo. Byliśmy członkami Solidarności, ale jak trzeba było zrobiliśmy nowy związek, było nas bardzo mało, ale byli to ludzie prężni, którzy wiedzieli czego chcą. Ludzi aktywnych jest mało, jest marazm, ludzie są czym innym zainteresowani, boją się, ale jest grupa, która ciągnie walkę, daje swoje głowy, daje swój czas i pokazuje, że nie trzeba się bać. I to jest najważniejsze. Ja pamiętam tych wszystkich przewodniczących związków zawodowych z FSO, przez tyle lat ile oni brali pieniędzy... nie tylko pieniądze, te wszystkie wyjazdy po całym świecie. To byli nasi ludzie. Trzeba było coś z tym zrobić, a radzić dziś szczególnie ludziom z Ożarowa, że" czegoś nie zrobili...? My staraliśmy się pomóc pracownikom Ożarowa, chcieliśmy odbić zakład, kiedy go w listopadzie 2002 roku zajął Impel, ale niestety nie przyjeżdżało tylu ludzi ile trzeba. Nie można było iść z gołymi rękoma na bydlaków uzbrojonych po zęby.

Proszę zwrócić uwagę na te wszystkie paradoksy, jak ludzi można robić w konia. Teraz pan Hausner, który praktycznie jest winien temu wszystkiemu, ponoć pomaga ludziom z Ożarowa. Najpierw robią z Cupiała kapitalistę, oddają mu zakład, pomagają, dają wykorzystywać ludzi niepełnosprawnych, a potem mówią: "A teraz ty kapitalisto zachowuj się jak filantrop. Oddaj im to!". Ale Cupiał ma jeszcze swoje interesy w Krakowie, do niego należy klub piłki nożnej "Wisła" i mówi: "Dobrze oddam im to, ale wy mi dajcie tereny na których ulokowany jest klub Wisła". I wszystkich robią w balona. Jeden się robi dobry dla ludzi, a drugi dalej "goli" interesy.

Wracając do Sendzimira. Sendzimir w tym momencie - na co nie mieliśmy już wpływu - został połączony z trzema innymi hutami. Powstało jedno duże przedsiębiorstwo, które objęło swym zasięgiem 70% polskiego hutnictwa. Przez te wszystkie lata wszystkie polskie rządy dobijały hutnictwo, nie pozwalały się rozwijać. Biliśmy się zatem nie o zarobki, ale o to żeby modernizować hutnictwo i utrzymać miejsca pracy. To był nasz główny cel przez te 15 lat walki. Okazywało się jednak, że przez te lata huty wpadały w coraz większe kłopoty. Rósł garb zadłużenia finansowego. Od połowy lat 90. huty mogły przynosić zyski, ale koszty finansowe to uniemożliwiały. Nasz moloch, który powstał, ma zadłużenie równe 5 mld. złotych, więc państwo szuka inwestora. Wielu ludzi, tak jak my, z racji swoich poglądów, uważa, że takie zakłady jak huty czy kopalnie i inne, powinny pozostać państwowe, bo są to zakłady dla Polski o znaczeniu strategicznym. Państwo powinno o nie dbać. Ale przychodzi moment, kiedy jest sznur na szyi i grozi likwidacja... albo się pójdzie na układy i wpuści inwestora. W tym momencie w Hucie Sendzimira trwa proces sprzedaży tego przedsiębiorstwa spółce hinduskiej. Pakiet socjalny me został wynegocjowany, jestem jedną z osób, która "trzyma" i się stara, aby załogi nie skrzywdzić. Nie wiem czy uda nam się to do końca. Staramy się wyrwać co się da dla załogi.

Sytuacja do jakiej doprowadzono w Polsce, a szczególnie w hutnictwie dowodzi kilku takich paradoksów. Huty nie mają pieniędzy na produkcję. Z drugiej strony, np. 70% rynku na którym działa Huta Sendzimira opanowana jest przez import; importuje się blachę z zewnątrz, a my nie mamy pieniędzy nawet na produkcję. Kolejny rząd robi to jednak świadomie, zmniejszając nasz udział na polskim rynku. Przyjęte rozwiązania prowadziły do masowych zwolnień dwa lata temu, w czasie których ponoć pozwolono związkom zawodowym "wyjść z twarzą". Próbowaliśmy temu zapobiec, ale skutecznie nas zaszantażowano, obiecując załodze grosze. Mówiono np. że jeżeli wszystkie związki nie podpiszą takiego to dokumentu, do załoga nie dostanie od pana prezesa jednorazówki po 150 złotych na głowę. No i wtedy ludzie pytają: "No co pieniędzy ludziom nie chcesz dać?" Wielu ludzi odeszło w ramach "zwolnień dobrowolnych". Ale teraz co się dzieje - ciągle ludzi jest za dużo w hucie, ale na produkcji ich brakuje, przerosty są w administracji, gdzie trzymają się stołków za wszelką cenę, żaden z nich nie chciał być objęty programem dobrowolnych odejść. Pozbyto się ludzi młodych, którzy pracowali 5-10 lat, dostawali 28 tysięcy i uciekali z huty. Teraz, żeby przyjąć choć jednego człowieka na produkcję w hucie, pan minister gospodarki musi złożyć swój podpis. (...)

Jeszcze co do funkcjonowania związków zawodowych. Jeżeli pracodawcę stać na płacenie 5-ciokrotności średniego zarobku dla przewodniczącego związku zawodowego, to proszę bardzo, niech płaci. Tylko trzeba przewodniczącego zmusić uchwałą, żeby pieniądze oddał związkowi, a jak nie to do widzenia. U nas w hucie zrobili inaczej. Ponieważ związki zawodowe - my jesteśmy jedyny, który tego nie robi - prowadzą działalność gospodarczą to wiele mogą przed ludźmi ukryć. Związkowe spółki podpisują długoterminowe umowy z pracodawcą, ich tam nie obowiązuje zasada przetargu publicznego, mają z góry ustalone rozliczenia. Te spółki płacą związkowcom, na całe szczęście nie takie wielkie pieniądze jak w FSO. (...)

Dzisiaj nie ma związku zawodowego, który zdecydowanie broniłby robotników. Jeszcze my Solidarność'80, różne odłamy tego związku w różnych zakładach pracy, próbujemy bronić ostatnimi siłami tego co się ludziom należy i to w sposób taki, że jesteśmy wrogami wszystkich. Trzeba - tak jak mówi Marcel - iść do ludzi, rozmawiać, dawać przykłady. Oczywiście jest to ciężkie, każdy ma rodzinę, inne zajęcia, a tu trzeba jeszcze poświęcić trochę czasu. Możemy jedynie przepraszać ludzi z Ożarowa, że nie byliśmy tam, bo powinno nas tam być jak najwięcej. Ale sytuacje też były różne. Przypominam sobie jak pojechaliśmy na protest pielęgniarek do Warszawy. Mówiliśmy im: "wpuście inne branże", ale ktoś je podpuścił, że jak przyjadą hutnicy, górnicy to będą tu sobie swoje sprawy załatwiać... a to trzeba niestety tak, jak była idea pierwszej Solidarności, tej oddolnej, że wszyscy załatwiamy wszystkich sprawy. To wszystko padło. Czy da się to odbudować? Nie wiem. (...) Niestety trzeba tak jak za pozytywizmu - zacząć pracę u podstaw. Ludzie są dalej ogłupiam. Środki masowego przekazu są w tych rękach co "trzeba", potrafią przeprowadzić totalny atak na związki zawodowe i doprowadzić do tego, że przeważnie ludzie są związkom zawodowym niechętni. (...)

Marek Cienciała (Inicjatywa Pracownicza, Huta Cynku Miasteczko Śl.)

Dramatyczna sytuacja Śląska, w regionie w którym kluczową rolę odgrywa przemysł ciężki i wydobywczy bierze się głównie z poczynań państwa, które prowadzą do niszczenia obu tych branż. O ile w przypadku górnictwa władza dąży do likwidacji tej gałęzi przemysłu działając głównie pod dyktando Banku Światowego, o tyle w przypadku hutnictwa przede wszystkim wykonuje polecenia Komisji Europejskiej, która odgórnie narzuca ile można produkować a ile nie, a tym samym przyczynia się do likwidacji zakładów i pozbawiania tysięcy ludzi pracy. Jedynym pomysłem rządu dla ratowania przemysłu hutniczego jest szukanie zagranicznych inwestorów. Są to często tylko zabiegi - kosmetyczne dla uzyskania lepszej ceny. W takim celu do konsorcjum Polskich Hut Stali włączone zostały tylko najlepsze, nowe linie produkcyjne. Zainteresowanie zagranicznych firm to często tylko wywiad gospodarczy, bowiem Polska to wymarzony rynek zbytu dla nadprodukcji zachodnich koncernów. Można oczekiwać, że tylko likwidacja poprzedzona bankructwem większości polskich hut, byłaby celem zagranicznego inwestora. Wierzycielem naszego hutnictwa są banki z większościowym udziałem kapitału zagranicznego. Kapitał ten po opanowaniu rynku i zainwestowaniu w kupno naszych zakładów, zainteresowany jest głównie transferem zysków za granicę. Zatem banki te nie będą zainteresowane w realizacji programu rozwoju hutnictwa.

W Polsce hutnictwo ma ogromny potencjał produkcyjny. Dla duszących się od nadprodukcji koncernów z Unii Europejskiej stanowi zagrożenie. Dlatego od początku lat 90-tych na kolejnych rządach usiłuje się wymusić program restrukturyzacyjny, który przewidywał trwałą likwidację potencjału produkcyjnego poprzez ograniczenie produkcji i likwidację części hut oraz masowe zwolnienia. Obecny rząd wykazuje wyjątkową uległość i zobowiązuje się do przyjęcia programu niszczenia przemysłu hutniczego.

Ogólną strategię jaką kierują się koncerny stalowe w walce o kurczące się rynki zbytu jest postępujący proces koncentracji kapitałowej i tworzenie coraz większych koncernów wspieranych przez państwa i grupy państw. Można mówić o procesie oligopolizacji hutnictwa, czyli powstawaniu kilku, czy kilkunastu, wielkich organizacji koncernów działających na dużym rynku zbytu, dzielących rynki między siebie i prowadzących konkurencję między sobą na ograniczoną skalę, tak aby nie wywoływać konfliktu handlowego. Natomiast małe i mniejsze organizacje produkcji hutniczej są wchłaniane i podporządkowywane. W krajach Unii i Stanów Zjednoczonych istnieje ścisła i bezwzględna ochrona własnych rynków. Istnieje również silna pomoc państwa, czy grup państw, dla branży hutniczej. Wielkie unijne koncerny stalowe mają bezpośrednie przełożenie na decyzje polityczne, nie tylko swoich rządów, ale i Komisji Europejskiej, która bezpośrednio realizuje ich interesy.

Koncerny te są zainteresowane zwiększaniem eksportu głównie do krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Komisja Europejska zawiesiła rozmowy z międzynarodowymi organizacjami finansowymi na temat pozyskania kredytów na restrukturyzację polskiego hutnictwa, właśnie na żądanie unijnych koncernów stalowych. Pokazuje to wyraźnie jakimi wytycznymi kieruje się Unia w procesach negocjacyjnych z Polską oraz jak się mają oficjalne deklaracje do rzeczywistych intencji i interesów.

Komisja Europejska postrzega hutnictwo 10-ciu krajów stowarzyszonych z Unią, a w szczególności hutnictwo Polski, Czech i Rumunii jako olbrzymie zagrożenie dla hutnictwa unijnego. Wręcz ostrzega te kraje, że ich droga do członkostwa w Unii, wiedzie przez radykalną restrukturyzację i dalsze obniżenie poziomu produkcji. Komisja Europejska chce redukcji zatrudnienia w hutach krajów stowarzyszonych aż o 2/3, czyli o 200-250 tys. osób. Restrukturyzacja tej branży w propozycji Unii Europejskiej szacowana jest na około 10 mld. USD, przy czym Unia, jak sama twierdzi, nie ma środków na współfinansowanie takiej restrukturyzacji.

Komisja Europejska próbuje zachować twarz. Niby chce dawać środki finansowe dla hutnictwa, w zamian jednak za likwidację miejsc pracy. Dzięki skutecznie prowadzonej złodziejskiej polityce Unii, Polskie Huty Stali musiały drastycznie zmniejszyć produkcję w zamian za 3 mld złotych, ale pieniądze te musiały zostać zwrócone wskutek ich nie wykorzystania na czas.

Ktoś może się zapytać, po co mamy dopłacać do hutnictwa, skoro jest nierentowne. Otóż prawda jest taka, że huty wydały na restrukturyzację 1,5 mld. USD, z czego tylko 200 min. USD to były gwarantowane przez rząd kredyty. Reszta to środki własne hut i kredyty komercyjne - rzecz nie spotykana w krajach Unii.

Postępowanie Komisji Europejskiej, która żąda prywatyzacji naszych hut, jest bezpośrednio dyktowane żądaniami i interesami koncernów stalowych Unii. Można z pełnym przekonaniem stwierdzić, że cała koncepcja prywatyzacji była i jest realizowana w bezpośrednim interesie nie tylko Unii, ale i wszystkich krajów wyżej rozwiniętych. Fakty istnienia takich kompromitujących, nie tylko stronę polską czy Komisję Europejską, ale również MFW i Bank Światowy, żądań były i są ukrywane przez polskie elity polityczne. Proces prywatyzacji, podobnie jak całą transformację gospodarczą przedstawia się jako suwerenną koncepcję, wynikającą z wymagań gospodarczych. Żądanie ograniczenia mocy produkcyjnych w hutnictwie nie jest już przy tym, jak w przypadku górnictwa czy rolnictwa, ubierane w ideologię wolnego rynku. Unia odsłania wprost swe intencje, żądając zapisania, o ile każda z hut zmniejszy swoją produkcję. Na dodatek Komisja z Brukseli żąda redukcji mocy produkcyjnych najbardziej efektywnej ekonomicznie i najbardziej przyszłościowej części naszych hut.

Pod naciskiem rządu huty muszą ujawnić wszystkie dane na temat procesu produkcyjnego inspektorom Komisji. Wcześniej udostępniono Banku Światowemu wszystkie kluczowe dane o polskim górnictwie. Ćo więcej, uzgodniono że podstawą oceny rządowego programu restrukturyzacyjnego będzie ocena możliwości zbytu polskiej stali dokonana przez brytyjską firmę konsultingową finansowaną z funduszu PHARE.

Co w zamian? W zamian Komisja Europejska proponuje pomoc w postaci darowizn na programy osłon socjalnych dla zwalnianych hutników; kredyty, ale z międzynarodowych instytucji finansowych, na restrukturyzację oraz własne kontakty przy doborze koncernów unijnych w prywatyzacji, co brzmi już wręcz groteskowo. Zdaniem Komisji Europejskiej zatrudnienie powinno być ograniczone do 40 tys. ludzi (obecnie wynosi 95 tys.).

Stanowiska związków zawodowych w kwestii ratowania hutnictwa są podzielone. Część zgadza się z rządowym programem szukania zagranicznego inwestora strategicznego, część broni się przed tym, sugerując konieczność scentralizowania i koncentracji kapitałowo-organizacyjnej w postaci wielkich koncernów i holdingów. Jeszcze innym pomysłem jest stworzenie modelu tzw. zintegrowanego przedsiębiorstwa skarbu państwa, które charakteryzowałoby się tym, że nie będzie już we władaniu przedstawicieli państwowej administracji gospodarczej, ani prywatnych właścicieli kapitału, zostanie natomiast przekazane we władanie zespołom pracowniczym i dyrekcji. Inaczej rzecz się miała i ma do dzisiaj w Stanach Zjednoczonych, gdzie hutnicy obronili swoje miejsca pracy dzięki przejęciu na własność swoich zakładów pracy (...)

Większość przedsiębiorstw po wykupie przez pracowników, ze stanu bankructwa wysunęła się na czoło przemysłu hutniczego, bowiem dla pozytywnego rozwiązania problemów hutnictwa konieczna jest inicjatywa ludzi bezpośrednio tym zainteresowanych, a więc samych pracowników. Majątek zlokalizowany w przedsiębiorstwie pochodzi z akumulacji wypracowanej przez wszystkich pracowników i winien być nadal wykorzystywany w ich interesie, a nie w interesie wąskiej grupy elit ekonomiczno-politycznych. Załoga przedsiębiorstwa najlepiej jest zorientowana co się w zakładzie dzieje, najbardziej jest związana z przedsiębiorstwem, który jest "warsztatem pracy" i podmiotem stabilizacji życiowej. Zatem władanie zakładem pracy winno zostać jednoznacznie przekazane pracownikom.

Jarosław Urbański (Inicjatywa Pracownicza /Federacja Anarchistyczna, Poznań)
Walka toczy się nie tylko na terenie wielkich zakładów przemysłowych, ale dotyczy też mniejszych czasami specyficznych przedsiębiorstw, związanych np. z opieką nad niepełnosprawnymi. Ciągle trwają protesty w wielu szpitalach. Chciałbym abyśmy teraz trochę o tym pomówili: o zakładach związanych pośrednio czy bezpośrednio ze sferą budżetową.

Adam Moryc, Piotr Góral (Federacja Anarchistyczna, grupa wsparcia Komitetu Protestacyjnego Szpitala im. Rydygiera - Wrocław)
W 2000 roku Urząd Marszałkowski zadecydował o likwidacji Szpitala Rydygiera, co spotkało się od razu z reakcją pracowników, którzy zawiązali Komitet Obrony Szpitala. My nawiązaliśmy kontakt po raz pierwszy w październiku 2001 roku - wtedy rozpoczęła się współpraca. Federacja Anarchistyczna i Komitet Obrony Szpitala prowadzili wspólnie te wszystkie akcje. Efektem końcowym całego protestu była wygrana pracowników Szpitala Rydygiera. Na przełomie marca i kwietnia 2003 roku został podpisany dokument, w którym Urząd Marszałkowski wydał decyzję, na mocy której Szpital Rydygiera, będąc do tej pory szpitalem samodzielnym, stał się filią innego szpitala we Wrocławiu. Jednak zostały zachowane miejsca pracy. Trzeba wspomnieć, że jednym z motywów likwidacji szpitala było jego zadłużenie, ale co ciekawe nie było to zadłużenie największe - inne szpitale miały większe długi. Cały dług przeszedł na Urząd Marszałkowski. Jednak chociaż taki dokument wydano nie znaczy, że Szpital przestał mieć kłopoty - one w dalszym ciągu istnieją i są robione przez władze regionalne i dyrekcję tego drugiego szpitala, którego Rydygier stał się częścią.

Po zakończeniu protestu i podpisaniu pewnych protokołów i uzgodnień z Urzędem Marszałkowskim okazało się, że trzeba tych spraw pilnować do ostatniej sekundy. Ugoda była podpisana z zarządem województwa, w momencie kiedy przyszło do głosowania w sejmiku województwa, zarząd przedłoży zmienioną formę tej ugody. Tylko dlatego, że byliśmy na sali podczas głosowania, udało się w ostatniej chwili wskazać, że zostało podpisane zupełnie cos innego, że ten dokument został zmieniony i proponował likwidację dwóch oddziałów. Powiedziano później, że to pomyłka kancelaryjna. (...)

Co ważne w samym proteście - nie brały w nim udziały związki zawodowe z Rydygiera. Związki zawodowe dwa i pół roku temu scedowały swoje pełnomocnictwa na Komitet Obrony Szpitala, umyły ręce i nie były zainteresowane walką. Ale moim zdanie na całe szczęście, bo widzę we Wrocławiu, jak inne protesty są prowadzone przez związki zawodowe (różne)... wybuchają na chwile, zaraz potem są wygaszane, kiedy związek zawodowy nie chce już niczego politycznie ugrać. To taka huśtawka. W Rydygierze poszło do końca, a nie że podpisano jakąś małą ugodę i siedzimy cicho. Nie. My nie dyskutowaliśmy o tym, że łaskawie wypłacą nam zaległą od kilka miesięcy wypłatę: zażądaliśmy regularnych wypłat, wycofanie się z pomysłu rozwiązania szpitala i zachowania miejsc pracy. Dzięki temu, udało się coś uzyskać. W innych szpitalach jest tak, że co dwa, trzy miesiące wybucha krótki protest w każdym ze szpitali, żeby dostać zaległe pieniądze. Ludzie przywykli do tego, że te protesty tak się robi. (...) Bardzo ważne w tym proteście było zatem to, że zabrakło w nim związków zawodowych, w związku z czym protest nie mógł być manipulowany.

Nasz protest był też "kierowany" przez wszystkie grupy zatrudnionych: lekarzy, pielęgniarki, salowe i przy wsparciu społeczności lokalnej, innych pracowników, studentów. To był protest społeczny i właśnie społeczny charakter tego protestu spowodował, że osiągnęliśmy w jakimś stopniu nasze cele, choć oczywiście nie mówimy że w stu procentach. Miejsca pracy zostały w każdym razie zachowane. (...)

Basia Musielak (Impel, Szpital im. Degi w Poznaniu, Solidarność'80)
Ja pracuję w Szpitalu im. Degi, którego dyrekcja - niestety - sprzedała nas do Impelu Zostaliśmy przeniesieni na podstawie artykułu 23. Przez rok czasu był względny spokój. Firma przysłała nam pisemka, że z wynagrodzenia netto 600-700 złotych chciała nam jeszcze 200 złotych obciąć. Jednak zanim zostaliśmy przeniesieni z Degi do Impelu założyliśmy związek. Chyba jeden z nielicznych skupiających salowe i sanitariuszki. To być może uratowało nas przed tym, iż nie zrobili z nami od samego początku, co chcieli. Zatem kiedy próbowano nam obniżyć pensje, a my jesteśmy dość wojownicze, zorganizowałyśmy protest, który trwał ok. 3 miesięcy. Ogłosiłyśmy strajk włoski. Impel to firma prywatna dążąca do jak największych oszczędności, a strajk włoski wiadomo: wszystko robi się bardzo dokładnie i ściśle wg przepisów. I tym sposobem wywalczyliśmy, że nie obcięto nam wynagrodzenia, a dodatkowo dostałyśmy premię 7% za brak chorobowego. Po tym proteście uspokoiło się, lecz szpital ponownie ogłosił przetarg, bo kontrakt Impelu się kończy. (...) O sprzątaczki, salowe, sanitariuszki - o tę grupę nigdy nikt nie dbał, zawsze byłyśmy na samym końcu. My generalnie wolałybyśmy wrócić do szpitala, a nie wiadomo jak będzie. Nasi byli przełożeni sugerują, że woleliby abyśmy zrezygnowały z tego związku i zapisały do któregoś, który istnieje na terenie szpitala. Jest 7 związków, ale tylko nasz -jest ten zły. Każdy nowy dyrektor, ostatnio zmieniali się trzykrotnie, się dziwi: "Jak to salowe mają związek?"

Alicja Niełacna (Bresco, szpital Centrum Medyczne HCP Solidarność'80) Poznań
W zeszłym roku 15 lipca [2002] zostałyśmy "sprzedane" (wg art. 23') przez pana prezesa do firmy Bresco, która ma zarząd we Wrocławiu. W Poznaniu nie ma żadnych kadr, o wszystkie pisma, dokumenty musimy prosić, czekamy po trzy tygodnie, miesiąc. Firma Bresco odciąga nam składki PZU, które w ogóle do PZU nie wpływają. Pieniądze chyba biorą do własnych kieszeni. W ogóle o nas nie dbają. Od kiedy zorganizowaliśmy pikietę protestacyjną są straszne "podchody" w stosunku do tych osób, które brały udział w pikiecie. Mówią, że możemy nie pracować, bo każdy jest do zastąpienia. Jest nas wszystkich 6 sprzątaczek i 26 salowych. (...) Jak się odezwałam na zebraniu, że nie ma szkoleń, to pan dyrektor publicznie stwierdził, że jestem najgorszym pracownikiem i mnie zwolni z art. 52. Złożyłam protest, ale na niego nie odpowiedział, dlaczego tak przy wszystkich pracownikach mnie potraktował. Nie mamy żadnego socjalnego, o nic się nie możemy doprosić, wynagrodzenia nie przychodzą na czas. [Tydzień później w Centrum Medycznym HCP wybucha dziki strajk salowych z Bresco; wszystkie pracownice dostały wypowiedzenia; prezes szpitala rozpisał nowy przetarg, a do pracy w nowej firmie zarekomendował pracowników nie należących do związku].

Maciej Hojak (Inicjatywa Pracownicza/Federacja Anarchistyczna, Warsztat Terapii Zajęciowej "Przylesie", Poznań)
Jestem pracownikiem Warsztatów Terapii Zajęciowej (WTZ). Chciałbym wam przybliżyć naszą sytuację w warsztatach - gdzie z jednej strony prowadzi się aktywność na rzecz osób niepełnosprawnych lub upośledzonych umysłowo, a z drugiej jest to miejsce pracy. W Polsce warsztaty powstały na początku lat 90. Najczęściej jako oddolna inicjatywa ludzi, którym problem ludzi upośledzonych umysłowo wydawał się poważny z racji przede wszystkim tego, iż dotychczasowa aktywność w tym względzie była więcej niż niewystarczająca, a nawet zacofana. Wśród młodych ludzi, zapaleńców, którzy studiowali na kierunkach, które unaoczniały poważne braki i problemy odnośnie niepełnosprawnych, a także wśród rodziców osób w ten sposób dotkniętych przez los (a także często upośledzonych społecznie) powstawała idea powołania tego typu placówek. Wcześniej oscylowało to pomiędzy poradnią u specjalisty, świetlicą, a domem opieki społecznej. Na fali rozwoju sektora pozarządowego z początku lat 90. (stowarzyszeń, fundacji itd.) zaczęły powstawać pierwsze WTZ dla osób będących do tej pory "więźniami swoich własnych domów". W warsztatach ludzie ci mogli się rozwijać poprzez uczestnictwo w małej społeczności, gdzie umożliwiano by im, poprzez twórczą prasę, znalezienie należnego im miejsca w społeczeństwie. W tym czasie nowo powstały biurokratyczny twór, czyli PFRON (Państwowy Fundusz Osób Niepełnosprawnych) uwzględnił w swoich założeniach finansowanie warsztatów. W Poznaniu przez wiele lat istniał tylko jeden warsztat pomimo dużo większych potrzeb. W tym czasie nikt nie miał doświadczenia, to doświadczenie trzeba było wypracować. Najczęściej pracownikami stawali się ludzie z zacięciem, chcący brać sprawy w swoje ręce i zmieniać położenie osób niepełnosprawnych. PFRON jak i ustawy doprowadziły tych ludzi do pewnego biurokratycznego uzależnienia. By jednak takie placówki mogły istnieć i by mogły przyjmować osoby dla których zostały stworzone, potrzebne były środki finansowe. PFRON jako instytucja finansująca nie tylko WTZ, ale i zakłady pracy chronionej, różnego typu zakupy sprzętu, itd. niekiedy - jak to bywa w przypadku tego typu instytucji biurokratycznych - marnował społeczne pieniądze. Kwestie finansowe usankcjonowano wieloma idiotycznymi przepisami, jak choćby ten mówiący o tym, iż jeden terapeuta powinien przypadać na 5 podopiecznych, co nijak się miało do rzeczywistych potrzeb, stopnia upośledzenia i niesprawności uczestników warsztatów. Za takimi przepisami szły właśnie środki finansowe na utrzymanie warsztatów. Od samego początku warsztaty były niedofinansowane. Spora część środków do dziś dnia zdobywana jest poprzez tzw. sponsoring. Błędem, do dziś pokutującym, środowisk pracowniczych związanych z warsztatami jest brak odpowiedniej reprezentacji jak i nie wypracowanie środków nacisku na urzędników i polityków, co teraz najbardziej daje się nam we znaki w momencie permanentnego kryzysu.

Niestety z perspektywy czasu muszę stwierdzić, iż ów ruch ludzi zakładających WTZ został wykorzystany przez państwo, które pozbyło się kłopotów z niepełnosprawnymi w zamian dając niedostateczne środki i zarazem zwiększając kontrolę urzędniczą. Z drugiej strony w społeczeństwie pokutuje przekonanie, iż np. upośledzonymi zajmują się woluntariusze i "ludzie dobrej woli", którzy potrafią umiejętnie wykorzystać fundusze od sponsorów na biedne dzieci. W czasie kiedy wiele firm przeżywa trudności pozyskanie najmniejszych nawet środków nie jest łatwe. By prowadzona była na dobrym poziomie rehabilitacja, terapia zajęciowa (tkactwo, ceramika itd.), zajęcia z psychologiem trzeba zatrudnić fachowców, ludzi o odpowiednich predyspozycjach. Do tej pracy niestety nie każdy się nadaje. Ludzie zatrudnieni w warsztatach nie mogą być z doskoku. Efekty naszej pracy często widać dopiero po latach codziennych starań. Każdy z podopiecznych w warsztatach jest traktowany jednostkowo. Jest to też praca często doceniana przez podopiecznych i ich rodziców, jednak nie przekłada to się na wynagrodzenie. Średnio pracownik w moim warsztacie zarabia 1000 złotych. (...)

W Poznaniu z racji całkowitej ignorancji urzędników ich ingerencja w swoistą autonomię placówek spowodowała, że z czasem zaczęła narastać w naszym środowisku świadomość osób związanych z warsztatami, iż czas na szersze działania, współdziałanie i naciski na państwo, Zapoczątkowaliśmy wspólne spotkania przedstawicieli warsztatów gdzie m.in. wymieniano się uwagami, przygotowano badania na temat WTZ i rosnących potrzeb. Część pracowników zaczęła myśleć o odpowiedniej reprezentacji naszej grupy pracowniczej. Większość warsztatów to niewielkie placówki zatrudniające góra kilkunastu ludzi, z tego część nie na cały etat. Związki zawodowe są w ogóle nie przygotowane do pracy na terenie takich zakładów. Nie ułatwia tego także nowy wymóg mówiący, że komisja zakładowa związku musi liczyć minimum 10 członków. Chcemy założyć jednak komisję i zarejestrować ją w zaprzyjaźnionym związku zawodowym, z którym Inicjatywa Pracownicza Federacji Anarchistycznej współdziała od dłuższego czasu na gruncie lokalnym (mowa o Solidarności'80). Aktywność związkowa miałaby na celu skupienie pracowników z różnych warsztatów rozsianych po całym Poznaniu (...). W placówce w której pracuję od lat staramy się realizować coś w rodzaju samorządu pracowniczego. Choć w dalszym ciągu nie jest on pełny, to jednak posiedliśmy spore doświadczenie. Od kilku lat prowadzimy niezależną kasę zapomogowo-pożyczkową; swego czasu pozbyliśmy się źle traktującego kierownika, który, jak się okazało, zdefraudował część pieniędzy przeznaczonych na funkcjonowanie warsztatu, wpędzając nas w ten sposób w kłopoty finansowe.

Według mnie niepotrzebna nam PFRONów, urzędników od zajmowania się sprawami niepełnosprawnych. Potrzeba nam natomiast, z racji tego że aktywność warsztatów nigdy nie przyniesie zysków w sensie ekonomicznym, wsparcia ze strony społeczności lokalnej. Ludzie niepełnosprawni są częścią naszej wspólnoty, działanie na ich korzyść odbywa się w-naszym wspólnym interesie. Musimy współdecydować o lokalnej przestrzeni we wszystkich kwestiach dotyczących mieszkańców, którzy mogą się obejść bez polityków dbających o interes własnego układu koleżeńskiego. 1 tylko wtedy, uważam, zmienić będzie można cokolwiek, także w kwestii osób niepełnosprawnych i warsztatów terapii zajęciowej.

Dariusz Zalega ("Nowy Robotnik", Katowice)
Kilka tygodni temu, w "Trybunie" na stronie chyba 7 znalazłem taką notatkę o bojkocie produktów Danona w Jarosławiu. Zaciekawiło mnie to troszeczkę i zadzwoniłem tam do chłopaków z Jarosławia, do tamtejszej Solidarności, która organizuje bojkot. Zaciekawiło mnie to przede wszystkim dlatego, że podobny protest - bojkot produktów Danona - był robiony dwa lata wcześniej we Francji. Jak widać formy protestów pracowniczych w różnych krajach są podobne i chłopaki z Jarosławia nie wiedzieli nic o tych Francuzach. Chcemy teraz, żeby nawiązali współpracę. Parę słów na temat sytuacji ruchu pracowniczego w Europie Zachodniej. Po pierwsze jesteśmy świadkami tzw. przypływu nowej fali konfliktowości społecznej. Praktycznie we wszystkich krajach zachodnich mieliśmy do czynienia z wielkimi strajkami, strajkami masowymi, generalnymi... Na przykład Austria - kilka tygodni temu wybuchł po raz pierwszy od 50 lat strajk generalny. W Hiszpanii wybuchło kilka strajków generalnych. Największy strajk od 30 lat we Włoszech. W Niemczech 1 listopada 100 tysięcy ludzi demonstrowało w Berlinie przeciwko cięciom socjalnym, takim jakie teraz planuje Hausner. Przykładów można by mnożyć: Norwegia, Dania, Finlandia - wszędzie mamy do czynienia z masowymi walkami społecznymi. Zaczyna się ten ruch pracowniczy na Zachodzie budzić. Druga rzecz to zmieniają się formy protestów. To w dalszym ciągu są oczywiście manifestacje i strajki, ale także mamy na przykład blokady miasta. Ostatnio jak była na wiosnę fala strajków we Francji to było bardzo popularne - związkowcy po prostu blokowali całe miasto. Co więcej powstawały takie lokalne organizacje ponadzwiązkowe, które koordynowały akcję blokad. A więc na przykład nauczyciele, hutnicy, kolejarze itd. dogadywali się, stworzyli strukturę koordynującą, która kierowała blokadami. Były to blokady naprawdę miast dużych. We Francji tworzy się np. coś podobnego jak Ogólnopolski Komitet Protestacyjny i robią to koledzy z francuskiego Danona, gdzie jest fala masowych zwolnień. Jakby przejrzeć prasę francuską co parę tygodni pojawia się informacja, że fabryka jest zamykana bo zostaje przeniesiona do Polski - tam się straszy robotników Polską. I tutaj trzeba też znaleźć wspólną politykę wobec czegoś takiego - rozbijania międzynarodowej jedności ruchu. Co więcej u nas się wydaje, że te walki są bardzo desperackie, bardzo ciężkie i bardzo ostre, natomiast nie myślmy, że na Zachodzi te protesty są robione w białych rękawiczkach. Była taka słynna sprawa dwa lata temu; strajk w jednym z miast francuskich, gdzie była fabryka obrabiarek, której groziło zamknięcie, a dla ludzi nie było innego zatrudnienia. Związkowcy byli tak zdeterminowani że zatruli Mozę. To oczywiście jest działanie na własną szkodę, ale pokazuje determinację ludzi i do czego są zdolni doprowadzeni na skraj wytrzymałości. Na Zachodzie pojawiły się też nowe związki zawodowe, bardzo radykalne, ale nastawione na demokratyczne działania. Myśmy w kwietniu gościli u nas w Polsce związkowca z francuskiego SUD z FranceTelekom. Zrobiliśmy mu spotkanie z działaczami OPZZ z Telekomunikacji Polskiej S.A. Francuz opowiada, że u nich we Francji jest tak, że są tylko dwie kadencje działaczy związkowych, a potem wracasz na swoje miejsce pracy. Tu pojawia się szmer na sali, bo przedstawiciel OPZZ był działaczem od wielu, wielu kadencji... zawodowy związkowiec. (...) Związki zawodowe na Zachodzie są oczywiście związane z partiami socjaldemokratycznymi, bo partie te budowały państwo socjalne. Przyszła globalizacja, kapitalizm pokazał swoją prawdziwą twarz, państwo socjalne zostało zdemontowane, wszędzie protesty odbywają się pod hasłem obrony państwa socjalnego. I teraz związkowcy, nawet z tych dużych central, nawet z takich które szły ramię w ramię z biznesem, zaczynają się zastanawiać co robić dalej.

Jarosław Urbański (Inicjatywa Pracownicza /Federacja Anarchistyczna, Poznań)
Tytułem podsumowania wypada powiedzieć, że spotkaliśmy się tu poza wielkimi strukturami związkowymi. Ja osobiście staram się na poziomie poszczególnych zakładów pracy rozmawiać z przedstawicielami wszystkich związków zawodowych. Generalnie jesteśmy poza tymi układami, ale musimy się zorganizować. Różnie to wychodzi. Dzisiaj się zebraliśmy w gronie kilkudziesięciu przedstawicieli kilkunastu różnych zakładów pracy. W dużej części się znamy, razem protestowaliśmy, wspieraliśmy się nawzajem. Przynajmniej kilka rzeczy udało się uzyskać, tak jak w Bison-Bial, Unionteksie, czy też, miejmy nadzieję, w Ożarowie. Pojawia się pytanie: co dalej? Oczywiście standardem jest to, że jeżeli gdzieś w zakładzie pracy źle się dzieje, jeżeli np. będą protestować hutnicy, że jeżeli padnie hasło i apel o akcję solidarnościową, to my w Poznaniu taką akcję zorganizujemy. Składaliśmy kilkakrotnie tego typu deklaracje i taka rzecz jest dla nas do wykonania. Współpracowaliśmy z Ożarowem, z Karną Food, byliśmy w Nysie Motor, objechaliśmy całą Polskę, wszędzie do protestujących zakładów niosąc poparcie. Organizowaliśmy pikiety solidarnościowe w Poznaniu, jeździliśmy na protesty do Warszawy. Staraliśmy się wesprzeć protesty, tak jak to tylko jest możliwe, także finansowo. Niestety brakuje jednak środków. Jako małe związki zawodowe, czy tylko grupy poparcia dla protestujących pracowników, organizacje propracownicze - my nie mamy tych środków i nie_zawsze możemy dotrzeć na akcję, nie zawsze możemy w tym sensie pomóc.

Nasze środowisko wiele pracy włożyło w konkretne przedsięwzięcia: powstało profesjonalne pismo (Nowy Robotnik), są anglojęzyczne strony internatowe informujące zachodnie związki zawodowe o sytuacji w Polsce, współpracujemy z zagranicznymi związkami zawodowymi np. z niemieckim FAU, z francuskim SUD, i innymi. Efektem tej współpracy jest m.in. 35 minutowy film dokumentalny o Ożarowie. Planowane są inne działania: publikacje, filmy, konferencje, szkolenia i spotkania.

Myślę, że nie jest tak, że jesteśmy skazami na kompletne "zamknięcie". Nie możemy dać się tak wyeliminować, musimy współpracować. Problem polega na tym jak to robić skutecznie. Najczęściej padają pomysły, aby założyć, powołać jakąś kolejną organizację. Myślę, że nie tędy droga. Nie chodzi o to żeby powoływać kolejne ciała, które mają "coś" załatwić. Są tu na sali związkowcy, ludzie z propracowniczych grup wsparcia, chodzi o to, żeby te struktury się rozwijały. I oczywiście trzeba wykazać minimum solidarności, powinna dla nas być przykładem postawa pracowników Skawiny. Musimy się popierać: czy to petycją, czy obecnością na pikiecie, czy kolportowaniem materiałów pracowniczych na terenie całej Polski i na Zachodzie.

Tekst pochodzi z broszury opublikowanej przez poznańską Oficynę "Trojka" i Inicjatywę Pracowniczą.

Powrót na górę