Menu
Wstąp do związku Kim jesteśmy? Wspieraj związek Napisz do nas

Kryzys opieki – wyzwanie dla ruchu pracowniczego

Od jakiegoś czasu jako uczestniczki ruchu pracowniczego zadajemy sobie pytania, czym jest i jak objawia się kryzys opieki w Polsce, dlaczego jest on istotny dla naszego ruchu i jakie działania są możliwe, by stawić jemu odpór.

Trudności i wyzwania

To, że kwestia opieki musi być na nowo przedyskutowana przez ruch pracowniczy, wynika z kilku powodów. Po pierwsze, praca opiekuńcza w Polsce nieustannie jest pracą niskopłatną i nie cieszącą się prestiżem. Powinniśmy przeanalizować powody takiego stanu rzeczy, oraz to, jak wpływa on na sytuację osób zatrudnionych w tym sektorze.

Po drugie, często pracownicy i pracownice opieki zatrudnieni są w małych ośrodkach lub prowadzą działalność na własną rękę. Z tego powodu nie mają dużej siły przetargowej, trudniej im się zrzeszać i wywierać skuteczną presję na pracodawców. Powinniśmy zastanowić się, jakie inne formy organizowania w tych warunkach są możliwe.

Po trzecie, tradycyjne związki zawodowe najczęściej nie interesują się organizowaniem pracowników i pracownic tego sektora, dlatego że często osoby te nie pozostają w formalnie rozumianym stosunku pracy (np. zatrudniane na czarno nianie) czy wcale nie otrzymują wynagrodzenia (np. gospodynie domowe). Powinniśmy zastanowić się, co w takiej sytuacji mogą zaoferować bezkompromisowe, antykapitalistyczne środowiska pracownicze, wierzące w to, że solidarność pracownicza jest ważniejsza od uregulowań prawnych.

Po czwarte, w Polsce nasila się kryzys instytucji opiekuńczych, powodowany obcinaniem wydatków na usługi publiczne oraz pogarszającymi się warunkami pracy i płacy pracowników. Jednocześnie ruch pracowniczy nie posiada obecnie silnych struktur w tej branży, by je skutecznie obronić – czy możemy to zmienić?

Po piąte, doświadczenia ostatnich lat pokazują, że coraz trudniej skutecznie organizować się w tradycyjnie rozumianych zakładach, w których zwiększa się odsetek osób zatrudnianych na krótki okres, umowy cywilno-prawne lub przez agencje pracy tymczasowej. Jeszcze trudniej o to, aby starcia i walki pracownicze wychodziły poza mury danego zakładu i przekładały się na inne sfery życia społecznego. Zmęczeni niestabilnym życiem, strachem o utratę pracy lub ciągłym szukaniem nowego etatu pracownicy są coraz bardziej podzieleni i niepewni własnych sił.

Opieka jako punkt wyjścia

Opieka, umożliwiająca przetrwanie oraz rozwój nas i naszych bliskich, jest spoiwem łączącym podzielone jednostki oraz grupy. Na jej płaszczyźnie możemy zaobserwować sieci powiązań – rodziców, opiekunek, pedagogów, niań, lekarek, pielęgniarek, dzieci, młodzieży, dziadków, salowych, kucharek, pracowników oraz beneficjentów pomocy społecznej i innych – wzdłuż których poza relacją usługa-klient/odbiorca, tworzą się także społeczne więzi. Nawet jeśli poszczególne formy opieki nas nie satysfakcjonują, poprzez szeroki krąg ludzi, których ona dotyczy, ma szansę stać się fundamentem walk, zarówno zwiększających siłę samych pracowników placówek opiekuńczo-wychowawczych, jak i generujących zmiany w organizowaniu naszego życia w ogóle.

Przykład? Lokalne protesty związane z opieką splatają się z bataliami o realny wpływ mieszkańców na planowanie budżetu. Dzieje się tak ponieważ cięcia w sektorach związanych z opieką, zdrowiem i edukacją mogą okazać się niepotrzebne, a żądania strony społecznej możliwe do spełnienia, jeśli w radykalny sposób zmienimy priorytety oraz ogólne metody kształtowania budżetów, co w dalszej kolejności może przełożyć się na zmiany systemowe. Powinniśmy zastanowić się nad tym, jak wykorzystać specyfikę opieki w celu połączenia sił różnych grup pracowników najemnych i nienajemnych, oraz w jaki sposób wzmacniać i otwierać walki na tym polu, aby doprowadziły do szerszych zmian społeczno-polityczno-ekonomicznych.

Walkę o pracę opiekuńczą rozumiemy zatem jako istotną nie tylko dla osób ją wykonujących, ale też dla pracowników i pracownic innych sektorów. Wszyscy jesteśmy beneficjentami usług opiekuńczych i nie możemy się bez nich obejść, a degradacja tej pracy (niskie wynagrodzenia, nadmierne obowiązki, niedocenianie, przepracowanie) prowadzi do spadku jakości życia całego społeczeństwa.

Obecnie jesteśmy świadkami ataku na instytucje opiekuńcze. Szczególnie nasila się on w okresie cięć budżetowych i programów oszczędnościowych, wprowadzanych w niemal całej Europie przez neoliberalne rządy w odpowiedzi na kryzys gospodarczy. Ten sektor, uznawany przez ekonomistów głównego nurtu za niedochodowy i wpisywany w koszty i starty, najczęściej idzie pod nóż jako pierwszy – co w dłuższej perspektywie powoduje, że kryzys finansowy przekształca się w kryzys społeczny. W zaciskaniu pasa chodzi o to, by pracownicy mogli polegać tylko na swojej pensji, a nie na systemowym wsparciu w postaci finansowania min. przedszkoli czy żłobków. Ta neoliberalna logika w Polsce króluje od początku transformacji ustrojowej. Według niej obywatele to racjonalne, przedsiębiorcze podmioty rynkowe, które przejmują pełną odpowiedzialność za swoje przetrwanie, wychowanie i opiekę. W neoliberalnej narracji osoby nie mogące sprostać takim warunkom, są nieporadne i roszczeniowe. Polska „reforma żłobkowa” sprzed ponad dwóch lat była tylko kontynuacją tej polityki, zrzucając z państwa finansową odpowiedzialność za żłobki i obarczając nią samorządy. Te z kolei w obliczu kryzysu finansów publicznych preferują prywatne formy opieki nastawione na zysk. Aby je rozwijać, część samorządów wprowadziło dotkliwe podwyżki w publicznych instytucjach, a uzyskany dochód nie raz przekazywało na dotacje dla żłobków prywatnych, które oferują znacznie gorsze warunki zatrudnienia niż publiczne placówki, a częstokroć również gorsze warunki opieki i edukacji. Podobnie dzieje się z przedszkolami, gimnazjami, szkołami, ale też szpitalami, komunikacją miejską, młodzieżowymi domami kultury. Jak widać kwestia opieki jest bezpośrednio związana z decyzjami politycznymi podejmowanymi na poziomie lokalnym oraz ogólnopolskim. Wykorzystuje się kryzys do dalszej prywatyzacji, by czerpać zyski z przerzucenia kosztów naszej reprodukcji na gospodarstwa domowe. Cenę tych zabiegów płacą nie tylko kobiety (choć to one wykonują większość pracy opiekuńczej), ale dzieci i pracujący mężczyźni, osoby starsze, czy niepełnosprawni.

Protesty, żądania, koalicje

Zmiany te jednak wywołują sprzeciw. W ciągu ostatnich lat miały miejsce protesty w kilku polskich miastach po próbach prywatyzacji poszczególnych placówek czy po wprowadzeniu przez polski rząd „ustawy żłobkowej”. Przyglądając się doniesieniom prasowym na temat protestów rodziców i pracowników opieki, łatwo zauważyć, że choć pozostają one często odizolowane od siebie, nie są  incydentalnymi przypadkami. Tylko w 2011 roku miały miejsce min. w Bełchatowie, Biskupicach, Poznaniu, Chojnicach, Kłodzku, Krakowie, Lubinie, Radomiu, Szczecinie, Warszawie, Wrocławiu. Żądano najczęściej wstrzymania likwidacji publicznych żłobków i przedszkoli argumentowanych kryzysem lokalnych budżetów, występowano przeciwko większym opłatom dla rodziców (w tym wysokim stawkom za godziny ponadnormatywne), przeciwko wstrzymaniu dotacji dla żłobków społecznych, przeciwko arogancji lokalnej władzy, podejmującej decyzje bez rozmów z mieszkańcami (o zmianach organizacyjnych, ale też np. o wprowadzeniu kateringu). Domagano się informacji, co się stanie z pieniędzmi z podwyżek opłat dla rodziców, odwołania źle zarządzających dyrektorów i dyrektorek, wyższych płac dla personelu, zwiększenia liczby miejsc w publicznych placówkach. Spośród ciekawszych haseł i sloganów wykorzystywanych podczas tych konfliktów przywołać warto następujące: „Nic o nas bez nas – stop likwidacji przedszkola”, „Dzieci nie chcą sponsorować nieudanych inwestycji prezydenta”, „Tanie żłobki zamiast stadionów”, „Chcemy kasy za bobasy”, „Życie jest co raz droższe, a nasze pensje uboższe”, „Uśmiechem dziecka rodziny nie nakarmimy”, „Mam 2 lata, więc rodziców nie stać już na brata” czy „Przedszkole to nie firma”.

Wykorzystywano podczas sporów w opiece różne formy oporu. Jednym z najbardziej brawurowych protestów był ponad dwutygodniowy strajk okupacyjny jesienią 2011 r. w Biskupicach, w którym wzięło udział ponad 100 osób. Władze uznały protest za nielegalny i odmówiły podjęcia rozmów. Nocą kilkunastoosobowe grupy protestujących zajmowały pomieszczenia przedszkola, a za dnia miał miejsce protest przed budynkiem, tak aby nie zakłócać zajęć z dziećmi. Wychowawczynie wykonywały jedynie polecenia komitetu strajkowego i nie prowadziły ewidencji przedszkolaków. Protestujący domagali się postępowania administracyjnego w sprawie nieważności zarządzenia burmistrza o powołaniu dyrektora przedszkola. W innych protestach pisano petycje, blokowano drogi, organizowano pikiety przed żłobkami czy urzędami, tworzono własne rozwiązania i projekty reorganizacji, uczestniczono w sesjach radnych i komisjach zdrowia, rozdawano ulotki mieszkańcom, zabierano głos w konsultacjach społecznych, wykorzystywano Facebooka do mobilizacji, zaskarżano różnorakie uchwały rad do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. W protestach brali udział rodzice, pracownicy oraz działacze i działaczki społeczne, feministyczne i związkowe, właściciele żłobków prywatnych, lokalne stowarzyszenia. Powstawały zatem ciekawe koalicje. Od tego, czy będą one się rozwijać i od tego, jak silnie będą naciskać na władze centralne i lokalne, oraz jak odniosą się do wewnętrznych sprzeczności i różnic interesów, może zależeć kształt instytucji opieki w Polsce. Dostępne nam usługi zawdzięczamy bowiem presji, jaką jesteśmy w stanie wywierać jako walczące ruchy społeczne.

Przykład Częstochowy

Przykładem może być walka rodziców wysyłających dzieci do żłobka w Częstochowie. W mieście tym jest jeden publiczny żłobek oraz jego filia, łącznie dla ponad 150 dzieci (na 200 tysięcy mieszkańców). Dawniej żłobków było pięć, lecz stopniowo do roku 2002 zostały zamknięte. Gdy 2 lata temu żłobek w Częstochowie przeszedł pod zarząd samorządów, wprowadzono wyższe opłaty dla rodziców i jednocześnie obcięto z dnia na dzień premie pracownikom z 20 do 5 procent. Przy zarobkach wynoszących na rękę zazwyczaj 1400 zł w przypadku opiekunek i 1700 zł w przypadku pielęgniarek, była to znaczącą suma (ok. 300 zł miesięcznie). Na pensjach pracowników żłobka miasto zaoszczędziło około 100 tys. złotych. Rodzice zaczęli zbierać podpisy pod petycją do urzędu miasta przeciwko obu zmianom.

W rozmowie z nami przeprowadzonej w maju 2013 r., jedna z mam z Częstochowy wspomina: „Ja początkowo byłam aspołeczna, mało się interesowałam, ale później coś mnie tknęło, że coś trzeba zmienić i trzeba działać wspólnie. Zaczęłyśmy zastanawiać się, jak bardziej nagłośnić nasze żądania. Zaczęłyśmy drążyć, dokopałyśmy się do statusu żłobka, gdzie było napisane, że można stworzyć radę rodziców, o czym wcześniej nie wiedziałyśmy, bo dyrekcja na ten temat milczała. Stworzyłyśmy radę, do której zapisało się dużo osób. Nie udało nam się powstrzymać podwyżki opłat, ale i tak ważniejsze dla nas było, żeby pomóc paniom zatrudnionym w żłobku. Dyrekcja mówiła, że był odgórny przykaz z urzędu miasta, żeby maksymalnie zredukować koszty prowadzenia żłobka, bo miasto ma złą sytuację. I pani dyrektor obcięła premie. Jak się o tym dowiedziałam? Jednego dnia powiedziałam pracownicom, że są wspaniałe, bo to jest taka ciężka praca, i że wszystkie powinny zarabiać przynajmniej średnie krajowe. A im zaszkliły się oczy, jedna z nich rozdygotana przyznała, że właśnie im zabrali premie. Pracownice się załamały, widziałam je na skraju depresji”. Rodzice wraz z pracownicami zaczęli wywierać presje na radnych z Komisji Zdrowia oraz na prezydenta. Zbierano podpisy pod petycją dla radnych. Rodzice mieli różne pomysły jak pomóc personelowi: chcieli sami finansować chusteczki, rękawiczki i inne środki higieniczne, a zaoszczędzone wydatki przekazywać na płace w postaci premii uznaniowej od rodziców. Sami też szukali sponsorów dla żłobka, chcieli wieszać banery reklamowe na płotach żłobka, a uzyskany w ten sposób dochód przekazać na wynagrodzenia. Pomysły te odrzucono w urzędzie, ale, jak opowiada mama: „Tak naprawdę chodziło nam o to, żeby w urzędzie wiedzieli, że domagamy się podwyżek płac, a panie zatrudnione w żłobkach wiedziały, że nie są same. Chcieliśmy pokazać prezydentowi, że nam zależy”. Rodzice też domagali się, aby salowe ze stażem zostały przekwalifikowane na opiekunki, które mają lepsze zarobki, oraz aby zatrudnić dodatkową obsługę sprzątającą. Opiekunki bowiem w przerwach myły okna, choć nie było to w ich obowiązku. Rodzice postarali się o opinię psychologa, który uznał, że: „Ten rodzaj działań instytucjonalnych [zabranie premii] pozbawia pracownice żłobka osobistej godności, wpływa negatywnie na zdrowie, przyczynia się do tragedii jednostek. Niedocenianie, pomniejszanie kompetencji, wiary w siebie jest bezpośrednim zagrożeniem mogącym mieć wpływ na pracowników i na efektywności ich pracy, a co za tym idzie obniżenie poziomu sprawowania opieki nad dziećmi”.

Ostatecznie, po półtora roku listów i działań, prezydent i radni z Komisji Zdrowia pod presją przywrócili 20-procentowe premie, wypłacili pracownikom jednorazowe wyrównanie w wysokości 800 złotych, jak też przekazali 300 tys. zł na zakup wyposażenia dla żłobka. Pracownice uzyskały korzystniejsze zakresy obowiązków. Jedna z nich wspomina: „Dopiero jak zaczęłyśmy walczyć okazało się, że zmiany są możliwie. Prezydent nawet sam zjawił się z wizytą w żłobku. Wcześniej tylko słyszałyśmy: nie ma pieniędzy, nie ma pieniędzy, zawsze było: nie ma pieniędzy”. Finał był taki, że dyrektorka, która, jak wspominają rodzice, odciągała ich od działań w obawie przed kontrolami, została zwolniona dyscyplinarnie.

Również część innych walk w sektorze opieki kończyło się sukcesem. Władze godziły się na negocjacje, miały miejsce kontrole ze strony urzędów i kuratorów, unieważniono kilka uchwał o likwidacji placówek. Gdzieniegdzie rady przegłosowały niższe opłaty dla rodziców. Udawało się wstrzymać wprowadzenie usług cateringowych. Czasem zwycięstwa były połowiczne: w Bełchatowie radni przegłosowali rzekomo kompromisową uchwałę, zgodnie z którą opłaty miały zależeć od zarobków – na co jednak nie zgadzali się rodzice. Gdzieniegdzie składano obietnice, które okazały się puste.

Szukając alternatywy dla kontroli państwa i logiki rynku

Walki o ogólnie dostępne i uspołecznione (na zasadach wypracowanych przez rodziców i pracowników) instytucje opiekuńcze są elementem szerszego ruchu społecznego, walczącego zarówno przeciwko ogarniającej wszystkie elementy życia logice rynku, jak i przeciwko kontroli sprawowanej przez państwo. Dostępne, tanie, społeczne przedszkola i żłobki były w Zachodniej Europie wywalczone przez ruch społeczny (w tym walczący ruch feministyczny) w latach 60. i 70. Nie były one nastawione na zysk i pozostawały pod zarządem rodziców i pracowników. W Polsce sytuacja jest inna: przedszkola społeczne są mało dostępne, zaś przedszkola publiczne (w których miejsc brakuje dla tysięcy rodziców) przedstawiane są przez neoliberalne władze jako relikt poprzedniej epoki w opozycji do przedszkoli czy żłobków prywatnych, które traktuje się jako sposób na całe zło (przykładowo, władze Poznania próby prywatyzacji uzasadniały dostosowaniem się do wymagań gospodarki rynkowej). Brakuje analiz, jakie może mieć to konsekwencje dla personelu oraz rodziców, zwłaszcza tych niezamożnych.

Potrzebna jest nam dalsza analiza toczących się w opiece walk, ale też krytyka zarówno państwowych jak i prywatnych instytucji opiekuńczych. Musimy też zastanowić się, jaka jest rola instytucji opiekuńczych w reprodukowaniu kapitalizmu – jako narzędzia, z którego korzysta kapitał w okresach produkcyjnego boomu, gdy potrzebuje taniej siły roboczej kobiet aby ograniczać koszty pracy, a które są zaniedbywane w czasach kryzysu, gdy rosną szeregi bezrobotnych, pracownicy akceptują pogarszające się warunki pracy, zatem kobiety nie są już dłużej potrzebne na rynku, tylko wypychane do darmowej pracy opiekuńczej w domu. Musimy pytać o to, jakich form opieki i wykonywanej w jakich warunkach naprawdę chcemy.

Kobiety z Inicjatywą

Powrót na górę