„Gmina chce nas wysiedlić i zrównać z ziemią”. Rozmowa z Arturem Olchowym z Mazurskiej Służby Ratowniczej
- Dział: Publicystyka
Zbliża się 17 września - data, na którą wyznaczono eksmisję bazy Mazurskiej Służby Ratowniczej w Okartowie. Choć za ratownikami murem stoją mieszkańcy, sąsiednie gminy i rada powiatu, lokalne władze nie chcą cofnąć się o krok. O kulisach konfliktu, absurdach decyzji urzędników i zagrożeniu dla bezpieczeństwa na Śniardwach rozmawiamy z Arturem Olchowym, ratownikiem i członkiem MSR. Artur reprezentuje ratujmyratownikow.pl
Patryk Szynkowski: Panie Arturze, na Waszej stronie internetowej wielkimi literami widnieje informacja o nadchodzącej eksmisji. Jak dokładnie wygląda obecny status prawny Waszej bazy i na jakim etapie jest ta procedura?
Artur Olchowy: Eksmisja jest wyznaczona na 17 września. Historia wygląda dokładnie tak, jak opisujemy to na stronie: gmina nie przedłużyła nam dzierżawy, podając jako pretekst rzekomą służebność drogi. Zarząd stowarzyszenia zgodził się udzielić tej służebności w zamian za przedłużenie dzierżawy na dziesięć lat. Gmina jednak na to nie przystała i poszła do sądu, chcąc - mówiąc wprost - zrzucić odpowiedzialność za eksmisję na wymiar sprawiedliwości. Teraz urzędnicy machają tym wyrokiem jak tarczą, idąc prosto do komornika. Uznają, że działka należy do nich i mają prawo zrobić z nią, co chcą, całkowicie ignorując koszty społeczne i kwestie obrony cywilnej na akwenie jeziora Śniardwy.
Czy macie jakąś alternatywę? Czy gmina wskazała Wam nowe miejsce, czy macie po prostu spakować sprzęt i radzić sobie sami?
Działka stowarzyszenia znajduje się tuż obok, tyle że jest kompletnie nieuzbrojona - obecnie urządzono tam parking. Problem polega na tym, że nie mamy ani zasobów ludzkich, ani - przede wszystkim - pieniędzy, żeby się tam przenieść. Nasza baza to 48 lat budowania i rozwijania infrastruktury. W wyznaczonym przez gminę terminie, a dostaliśmy na to bodajże trzy miesiące, musielibyśmy przenieść całe zaplecze: pokoje ratowników, którzy pełnią tam dyżury całą dobę, zaplecze socjalne, magazyny sprzętu ratowniczego, warsztaty, narzędziownie, hangary na łodzie, a także centrum operacyjne, stację meteo i stację radiową.
Biorąc to wszystko pod uwagę, jak szacujesz koszty przenosin i odzyskania pełnej gotowości bojowej?
Gdybyśmy mieli dwa miliony złotych, to w pół roku byśmy się ogarnęli.
Rozumiem, że utrata tej bazy i przenosiny drastycznie wydłużą czas reakcji podczas akcji ratunkowych. Jak to wygląda w praktyce?
Weźmy świeży przykład - wypadek na Sekstach 6 sierpnia. To była pierwsza masowa akcja ratunkowa w historii polskiego śródlądzia. Z naszej bazy udało się dopłynąć na Seksty, czyli największą zatokę Śniardw na przeciwległym końcu jeziora, w zaledwie 11 minut. Wykorzystaliśmy skróty, które znają wyłącznie nasi ratownicy, pływający tam od lat. Śniardwy są niezwykle kamieniste, a pływanie poza szlakiem to ekstremalne ryzyko - najczęściej kończy się to naszą interwencją, bo motorówki gubią śruby, a jachty tracą płetwy sterowe. W normalnych warunkach pogodowych, gdy my potrzebujemy 11 minut, najbliższa stacja Mazurskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego z Mikołajek płynęłaby na miejsce około 40 minut.
Jesteście jedyną stacją ratowniczą bezpośrednio na Śniardwach?
Tak, to jedyna baza na tym jeziorze. Najbliższa alternatywa to Mikołajki albo jezioro Roś, które od Śniardw dzieli pięciokilometrowy kanał i śluza. A samo śluzowanie musi potrwać.
Wspominałeś o próbach dialogu. Jak zachowywały się władze samorządowe? Czy czuliście, że szukają kompromisu?
Przede wszystkim tego nie rozumiem, bo decyzje gminy są całkowicie nielogiczne i nikomu się nie opłacają. Politycznie też na tym tracą - pod każdym postem gminy na Facebooku mieszkańcy pytają o stację. Tracą turyści, traci lokalny biznes. Wszyscy tracą na tym, że na terenie gminy Pisz działają wolontariusz-społecznicy, którzy oddają swój czas, by ratować ludzi. Odpowiedź urzędników jest brutalna: chcą nas wysiedlić, zrównać z ziemią całą infrastrukturę, postawić coś nowego, a potem zaprosić organizacje do konkursu. Biorąc pod uwagę dotychczasowe tempo inwestycji gminy, to może potrwać dziesięć lat i zakończyć się fiaskiem.
A co z samorządem powiatowym? Przecież radni powiatu próbowali ratować sytuację.
Powiat bardzo z nami współpracuje. Na ostatniej nadzwyczajnej sesji Rady Miejskiej wicestarosta zaproponował wymianę ekwiwalentną: starostwo zgodziło się przekazać gminie działkę o takiej samej wartości, sztuka za sztukę, żeby ratować stację. Gmina odrzuciła i tę propozycję.
Dlaczego więc burmistrz tak uparcie dąży do likwidacji bazy? Mówi się o tajemniczym inwestorze...
Lata temu poprzedni burmistrz - obecnie wspierający obecnego włodarza - powiedział wprost, że na tę działkę jest inwestor. Żeby zablokować sprzedaż terenu po naszym usunięciu, Rada Gminy przyjęła nawet uchwałę zakazującą zbywania tego gruntu. Gmina teoretycznie może tam prowadzić tylko działalność ratowniczą lub rekreacyjną, ale pewnie będą szukać luk. Moim zdaniem wchodzą w grę dwa motywy. Pierwszy to planowany szlak Wielkiej Pętli Mazurskiej i wzrost wartości okolicznych gruntów. Drugi - i kluczowy - to fakt, że Śniardwy leżą w parku krajobrazowym i nie wolno tam zmieniać linii brzegowej. Ktoś, kto kupi działkę 500 metrów dalej, nie wykopie tam marin. Nasza działka jest cenna nie przez stare budynki, ale dlatego, że ma gotowy, legalny port, w którym można zacumować jacht.
Gmina twierdzi, że ma swoje plany. Co odpowiadają na Wasze argumenty o bezpieczeństwie?
Wprost przeciwnie - gmina robi wszystko, by w ogóle nie wspominać o planach komercyjnych. Mówią: „to nasze, mamy prawo robić, co chcemy” - klasyczny pies ogrodnika. Twierdzą, że działalność ratownicza będzie prowadzona, ale na ich warunkach: zburzą to, co mamy, postawią nowe za publiczne pieniądze i zaproszą kogoś innego, zapłacając mu za to, co my robimy od 40 lat za darmo. Ktokolwiek tu wejdzie, będzie musiał uczyć się Śniardw od zera. To jezioro wytopiskowe, pełne podwodnych głazów. Nasz sprzęt i procedury były szlifowane przez dekady. Ktoś inny na naszym miejscu będzie po prostu mniej skuteczny, a to oznacza jedno: ryzyko ludzkiego życia.
Jak na te działania reagują mieszkańcy i lokalni radni?
Ludzie są wściekli. Poza falą krytyki w mediach społecznościowych, większość radnych, władze powiatu oraz sąsiednie gminy stoją po naszej stronie, naciskani przez mieszkańców. Niestety, burmistrz idzie w zaparte, bo ma po swojej stronie wyrok i formalne narzędzia, na które - jako jednoosobowy organ - nikt nie ma bezpośredniego wpływu.
Co stanie się ze Stowarzyszeniem, jeśli 17 września dojdzie do eksmisji?
Będę realistą, a nawet pesymistą. Wiem, jak działają organizacje pozarządowe, którym odbiera się cel istnienia. Ludzie są tu po to, żeby wyruszać na ratunek lub czekać w gotowości na brzegu. Jeśli odbierzemy im tę motywację, stowarzyszenie po prostu się rozpadnie. Nie będziemy zmuszać wolontariuszy do budowania bazy od zera po 40 latach, zwłaszcza z perspektywą, że za chwilę znowu ktoś nas stamtąd wyrzuci. Najbardziej dołujące jest to, że my w ogóle nie powinniśmy tracić energii na walkę z politykami. Nasi ratownicy mówią wprost: „Chcę mieć łódź przy kei, sprawny sprzęt w magazynie, wypłynąć, pomóc i bezpiecznie wrócić” - zgodnie z naszą maksymą: tyle samo powrotów, ile wypłynięć. Obawiam się, że część osób powie bez sentymentu: „Skoro nie pozwalacie nam robić tego, do czego powołano stowarzyszenie, to po co tu jesteśmy?”.
Czego w tej chwili oczekujecie od decydentów?
Tego samego, co było wcześniej. Niech po prostu podpiszą dzierżawę. Po prostu.
Możesz wesprzeć ratowników morskich podpisując ich petycję -> https://www.petycjeonline.com/ratujmy_ratownikow_petycja_w_obronie_mazurskiej_suby_ratowniczej_i_bezpieczestwa_tysicy_ludzi_na_wielkich_jeziorach_mazurskich#form